Wenezuela – podróż w czasy PRL-u i strachu

Wenezuela – podróż w czasy PRL-u i strachu
Trafiłam do Wenezueli w kilka dni po wyborach gdy władzę parlamentarną objęła opozycja. Doświadczenie niezwykłe – z jednej strony ludzie świętujący na ulicach, flagi kraju na autach ale też wiece protestacyjne z wielogodzinnymi przemowami i zdjęciami zmarłego dyktatora Chaveza. (Do wizyt w szczególnych i przełomowych momentach mam szczególne szczęście). Wenezuela to przepiękna przyroda, dżungla, Indianie ale też wielkie Caracas z muralami. Wszędzie królują portrety Boliwara i Chaveza a ludzie tęsknią za złotymi czasami wysokiej ceny baryłki ropy.

Jak w kilkanaście lat można zniszczyć kraj

Czarnorynkowa wymiana walut (oficjalny kurs boliwara do USD wynosił 6/1 a czarnorynkowy 800/1), jedzenie na kartki, kolejki w sklepach, puste półki, kontrabanda paliwa (litr paliwa w przeliczeniu na pln kosztował ok 0,17 zł), elita intelektualne na emigracji, znacjonalizowane przedsiębiorstwa, nawet jedzenie jałowe i podawane jak za czasów mojego dzieciństwa. Myślę, że krótka wizyta w tym kraju przydałaby się rządzącym, żeby na własnej skórze przekonać się jak rozdawnictwo państwowych pieniędzy i znacjonalizowanie firm może zniszczyć kraj. Jechałam z obrazem kraju gdzie na ulicach można spotkać przepiękne kobiety upiększone tak popularnymi tutaj zabiegami chirurgii plastycznej (Wenezuela wydała kilkanaście Miss Świata) a zobaczyłam smutnych ludzi, hotele i rezydencje ogrodzone drutem kolczastym, w granicach miasta ogromne dzielnice biedy a po zmroku zupełne pustki na ulicach. W każdym miejscu publicznym, środkach komunikacji miejskiej wiszą znaki z zakazem wchodzenia z bronią palną.

Jak poznałam swoją granicę strachu

Mało rzeczy powoduje u mnie uczucie strachu, jednak w Caracas przekonałam się, że ciągłe poczucie zagrożenia, strach o porwanie lub kradzież odbierają przyjemność podróży i zakłócają odbiór danego miejsca. Do restauracji przewożono nas kuloodpornymi jeepami kompletnie ciemnymi i pustymi ulicami Caracas. Stolicę zwiedzaliśmy w ciągu dnia w małej grupie, z przewodnikiem lokalnym, ostrzegani przez miejscowych, żebyśmy uważali na siebie bo widać, że jesteśmy cudzoziemcami. Bez biżuterii, zegarka, z małą torebką zawiniętą w chustę, pilnując żeby nie odstawać od grupy przez dwa dni szczęśliwie przemierzyłam to miasto a walizkę okradziono mi dopiero na lotnisku.  

Udostępnij

Share on facebook
Facebook
Share on linkedin
LinkedIn

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Barbara Jacińska

KATEGORIE WPISÓW

Subskrybuj

 

Wczytywanie