Stracę pieniądze, ale zyskam siebie. Taki był plan. Po roku mogę powiedzieć, że go spełniam.
Zanim wyszłam na szlak
Zanim opowiem o drodze, muszę opowiedzieć o tym, od czego odeszłam. Po kilkunastu latach budowania własnej firmy odeszłam z niej. Wtedy jeszcze nie umiałam tego nazwać. Dziś wiem, co mnie dopadło: wypalenie zawodowe. Do tego konflikt na poziomie wartości oraz poczucie, że więcej z siebie nie oddam już nikomu. A zwłaszcza ludziom, którzy na to nie zasługują.
Plan był prosty. Stracę pieniądze, ale zyskam siebie. Nie miałam gotowej odpowiedzi na to, co dalej. Miałam potrzebę, żeby się zatrzymać i poukładać myśli. Camino okazało się pierwszym krokiem. Podjęłam decyzję, że zrealizuję plan, który czekał już od kilku lat. Kupiłam bilety na wylot do Porto i powrót za 9 dni z Santiago de Compostela, zarezerwowałam nocleg tylko na pierwszą noc w Porto. To było wszystko.
Minął rok. Mogę powiedzieć jedno: ten plan spełniam. Dlatego sięgam dziś do dziennika, który prowadziłam na szlaku. Pisałam na bieżąco, bez upiększeń. Zostawiam te zapiski możliwie blisko tego, jak powstały.
Po co właściwie idzie się do Santiago?
Zapis z Porto, 22 września: obejrzyj na Facebooku.
Ruszyłam z Porto. Dzień wcześniej pozwoliłam sobie na nieśpieszne zwiedzanie tego miasta, odwiedzenie winnic Porto i kluczowych punktów miasta. 23 września 2025 roku dojechałam do Baiony – mojego punktu startowego na trasie. Metro, autobus do Vigo, potem kolejny autobus nad ocean. Miałam nawet czas, żeby chwilę poleżeć na plaży. Nie miałam planu na życie po Camino. Miałam plecak i potrzebę ciszy.
Start 23 września: obejrzyj na Facebooku.
Zapis z 23 września: obejrzyj na Facebooku.
Baiona, 23 września: obejrzyj na Facebooku.
Dla mnie popularność dróg do Santiago tkwi w prostocie. Rytm dnia wyznacza długość odcinka. Do załatwienia są tylko dwie sprawy: jedzenie i nocleg. Reszta przestaje mieć znaczenie.

W miejskich albergach nie można rezerwować noclegu z wyprzedzeniem. Większość pielgrzymów szuka łóżka dopiero po dotarciu na miejsce. Ja rezerwowałam rano tego samego dnia albo dzień wcześniej. To mała rzecz. A uczy więcej niż niejedno szkolenie. To było pierwsze w życiu doświadczenie puszczenia całkowicie kontroli.
Wyruszyłam, żeby poukładać myśli. Tak jak wielu pielgrzymów potraktowałam tę trasę jako przestrzeń do zadawania życiowych pytań. Do zatrzymania się. Do przepracowania spraw, na które w codziennym pędzie nie ma miejsca. Każdy niesie na tej drodze swoją przyczynę.
Vigo. Ciało mówi pierwsze
24 września. Odcinek do Vigo, około 26 kilometrów. Pierwsze dwadzieścia szło mi dobrze. Ostatnie pokonywałam na raty. Wyszłam o ósmej rano, kiedy słońce dopiero się wznosiło. Cisza, łagodne światło, pojedynczy biegacze. Trasa wzdłuż linii brzegowej była przepiękna.
Tego dnia napisała do mnie bliska koleżanka, że zamieniłam biznes na szlak pielgrzyma i że to jest moja siła, moje doświadczenie, moje wzloty i upadki. Zapisałam wtedy:
„Pewnie część osób naigrywa się z mojej drogi i chce we mnie widzieć tylko panią prezes. Mają prawo, bo nigdy nie odważą się na taką drogę jak ja.”
Tego samego dnia wylądowałam w hostelu. Do dziennika trafiło to bez cenzury:
„Trafiłam do hostelu, gdzie za ścianą para uprawiała głośny seks, a rano była interwencja policji. Paradoks. W pielgrzymce seks i policja jak w życiu. Ramiona mi pękały, zmęczenie odebrało jakąkolwiek chęć eksploracji miasta.”
Zapis z 24 września: obejrzyj na Facebooku.
Redondela. Kto tu jest pielgrzymem?
25 września. Szesnaście kilometrów, głównie przez góry i lasy. Tu zaczyna się sto kilometrów wymaganych do otrzymania kompostelki, więc na szlaku zrobiło się tłoczno. Pierwsze trzy kilometry przeszłam z młodymi Chorwatkami. Zapytałam o motywację. Chciały spędzić wolny czas i się poruszać. Zwyczajnie. Zanotowałam:
„Takie mam przekonanie, że ten szlak zmienił się na bardziej turystyczny. Rano zaczęłam zwyczajowo od odwiedzenia świątyni, a było tam tylko kilka wpisów, co stanowiło niewielki procent, biorąc pod uwagę liczbę osób na szlaku.”

Wieczorem poszłam do tawerny na smażone kalmary.
„Wzięłam ze sobą też notatki do nauki i z sąsiedniego stolika odezwał się do mnie młody mężczyzna z pytaniem: Co tam masz? Przegadaliśmy wieczór aż do zamknięcia knajpy. Okazał się Austriakiem, deweloperem. Mój angielski przechodził szczyty.”
Zapis z 25 września: obejrzyj na Facebooku.
Pontevedra. Wspólnota drogi
26 września. Dwadzieścia trzy kilometry. Było ciężko. Plecy zaczęły odmawiać posłuszeństwa.
„Zaczynam się już gubić, gdzie właściwie jestem. […] Pierwszy raz na trasie spotkałam Polaków. Taka wspólnota się tworzy wśród maszerujących. To chyba jest ten fenomen Camino. Wzajemny uśmiech, pozdrowienia.”
Na nocleg wybrałam albergę. Pierwszy raz pokój na dwadzieścia cztery osoby. Wspólna toaleta, wspólna kuchnia, jak na koloniach. A wieczorem knajpa pełna samych Hiszpanów:

„Tumult rozmów jest taki, że zastanawiam się, jak oni się słyszą. Od pół godziny płacze dziecko i nikomu to nie przeszkadza. Ale co za radość w tym narodzie.”
Mosty
Właśnie wtedy, między kalmarami a sardynkami, zaczął się układać pomysł. Zapisałam go tak:
„Od wczoraj chodzę z pomysłem na moje warsztaty i kluczowym słowem: mosty. Mental bridges do użycia. Na człowieka nie ma jednej metody, dlatego tworzę mosty. Łączę wiele technik, aby pomóc odnaleźć najlepszą drogę, a moje doświadczenie tworzy ze mnie dobrego przewodnika.”
Kryzys, który nie chciał rad
27 września. Tego dnia zapisałam od razu, bez owijania:
„Myślisz, że jest trudno? To może być jeszcze trudniej. Wczoraj wieczorem przeszłam mały kryzys. Barki mi pękały. Na myśl o kolejnych 23 kilometrach pomyślałam, że nie dam rady. Jestem wytrzymała na ból, ale moje plecy naprawdę mi pękają.”
Ponarzekałam. Napisałam do grupy koleżanek i kolegów trenerów mentalnych. Zobaczyłam wtedy coś o sobie:
„Zauważyłam, że najgorzej działają na mnie rady. Weź środki przeciwbólowe, zrób swoje przerwy. […] Dostałam też radę: podziwiam cię. To też nie to, po prostu chciałam sobie „pojojczyć”. Nadal mam ten mechanizm szukania podziwu.”

Czasem nie chcemy rozwiązania. Chcemy tylko, żeby ktoś usłyszał, że jest ciężko.
Zapis z 27 września: obejrzyj na Facebooku.
Dzień, w którym zniknęły plecy
28 września. Z Caldas de Reis do Padrón, dziewiętnaście kilometrów. Zdecydowałam się wysłać plecak transportem.
„To był bardzo dobry dzień. Świeciło słońce, a ziemia pachniała po deszczu. Większość trasy prowadziła przez las. Obserwowałam mech, znalazłam grzyby. Doceniłam smak winogron. Nie czułam pleców. Za to poczułam stopy. Moja wędrówka dobiega końca. Mentalne mosty zostały ze mną jako efekt tej podróży.”
Nagranie z 28 września o zrzucaniu ciężaru: obejrzyj na Facebooku.

Czasem wystarczy pozwolić, żeby ktoś poniósł ciężar za nas. A 29 września, jeszcze przed końcem drogi, napisałam coś, czego się po sobie nie spodziewałam:
„Jeszcze nie dotarłam do końca drogi, a już chciałabym tu wrócić.”
Nagranie z 29 września: obejrzyj na Facebooku.
Plaza del Obradoiro
30 września. Zostało osiem kilometrów.
„Tym razem delektowałam się drogą. Wcale nie chciałam, żeby się zakończyła. Uczucie ogarnęło mnie, gdy dotarłam na plac, to połączenie wzruszenia, radości, euforii. Pojawiły się łzy i taka wzajemna jedność tych, którzy również rozłożyli się na placu. […] Ludzie, którzy tu wchodzą, mają różne reakcje, śpiewają, grają, całują ziemię.”
Podsumowanie zaraz po dotarciu na plac: obejrzyj na Facebooku.
Po powrocie. Ciało wystawiło rachunek
Droga się skończyła. Historia nie. Po powrocie wyszła u mnie torbiel na piersi. Siedem centymetrów.
Dziś wiem, jak to rozumieć: to ciało wyrzucało trudne emocje. Wypalenie, konflikt wartości, wszystko, co przez lata odkładałam na później, musiało w końcu gdzieś wyjść. Ciało nie negocjuje. Mówi prosto.
Piszę o tym jako o swoim doświadczeniu i swoim sposobie rozumienia tego, co się stało.Mosty, o których pisałam na szlaku, okazały się potrzebne także tutaj: między głową a ciałem. Stracę pieniądze, ale zyskam siebie. Nie przewidziałam, że w tym planie jest też rozmowa z własnym ciałem.
To nie koniec drogi
Dla wielu pielgrzymów Camino staje się praktyką, trochę jak joga czy medytacja. Wracają, żeby naładować baterie albo kontynuować pracę nad sobą. Po tej drodze rozumiem ich bardzo dobrze. To jest antidotum na życie w pośpiechu.
Traktuję tę drogę jako początek. Odeszłam z firmy, bo więcej z siebie nie mogłam dać ludziom, którzy na to nie zasługiwali. Na szlaku odzyskiwałam to, co zostało: ciało, które mówi prawdę, uwagę na mech i winogrona, rozmowę przy stoliku do zamknięcia knajpy. Stracę pieniądze, ale zyskam siebie. Po roku widzę, że ten plan się spełnia.
Nie uczę zmiany. Przeprowadzam przez nią. A żeby przeprowadzać, trzeba najpierw samej przejść kawał drogi. Pomysł na mosty to dopiero początek.
Nie wiem, co będzie dalej. Wiem tylko, że chcę tam wrócić.
A Ty? Jaka droga czeka, aż przestaniesz o niej tylko myśleć? Może na początek wystarczy jeden odcinek. Osiem kilometrów, jak te ostatnie.








